53). Fundament bytu.


Widzę świat zmian. Świat statyczny jest zaprzeczeniem życia. Każdy element świata ożywionego ma swój cel. Słońce istnieje m.in. po to, aby dawać ciepło. Drzewo istnieje dlatego, żeby oczyszczać powietrze. Bieguny istnieją po to, aby równoważyć wpływ Słońca na mieszkańców Ziemi. Skały istnieją dla zapewnienia podłoża dla egzystencji. Woda jest niezbędna do wzrostu człowieka. Człowiek żyje po to, aby być gospodarzem na tej planecie. Patrząc na byt jak na całość, wszelki ruch powinien posiadać uzasadnienie takie jak istnienie celu „podróży”. Jeżeli teraz jest doskonale zharmonizowanym wszystkim, jedyne w co może się przeistoczyć to nicość (t.j. coś od siebie różnego).  Co z tego wynika? Jak wspomniałem dla mnie fundamentem istnienia jest zmiana, a cel zmiany, czyli przeobrażenie w nicość oznacza, że transformacja traci zasadność istnienia. To co mogę zrobić w imię nadania sensu temu czego doświadczam to uznać, że zmiana nie ma celu, ale sama w sobie jest celem. Tak jak mówią niektórzy duchowni: „Celem nie jest garnek pełen ziemniaków, ale proces obierania ich t.j. uważność. Taki zabieg wyklucza istnienie odległości i czasu. Przyczyna jest skutkiem, a początek końcem. Już gdzieś to słyszałem.
Paradoks Zenona z Elei:
Sprinter ma do przebiegnięcia skończony dystans. Zanim jednak pokona całą odległość, musi najpierw dobiec do 1/2 długości, ale zanim dobiegnie do 1/2, musi najpierw dobiec do 1/4, ale zanim dobiegnie do 1/4, musi najpierw dobiec do 1/8, i tak w nieskończoność. Wynika z tego, że biegacz ma do przebycia nieskończoną liczbę odcinków o skończonej długości. Ponieważ nie da się pokonać nieskończonej liczby odcinków w skończonym czasie, biegacz nigdy nie ukończy biegu.

Co więcej, biegacz nie może nawet zacząć biegu, bo ten sam paradoks stosuje się również do dystansu dowolnie zmniejszonego: tak samo, jak nie da się (według powyższego rozumowania) dobiec na dystans 100 m, nie da się również na dystans jednego metra ani na dystans jednego milimetra.